Latający dywan – 7

Latający dywan unosił się nad miastem. Nie był widoczny, gdyż otulała go ciemna noc. Jego pasażer uważnie przyglądał się miastu i oświetlonym budynkom – zarówno pałacom, jak i małym domostwom. Szukał miejsca, w którym chciałby zamieszkać.

Jak dotąd nic takiego nie znalazł. Teraz, pod oświetloną latarnią widział kilkoro młodych ludzi, którzy pili alkohol i palili papierosy. Słyszał ich wulgarne słownictwo, z którego rechotali się jak błazny. Wiedział, że żyjąc wśród nich, nie czułby się dobrze.

Wkrótce leciał nad dużym jeziorem. Tutaj lepiej mu się oddychało. Zanim przeleciał na drugą stronę jeziora, zaczęło świtać. Spostrzegł niewielki drewniany domek, który stał na skraju lasu. Mężczyzna postanowił tam wylądować. Dywan usłuchał jego komendy, a on po chwili stanął na wilgotnej trawie, podczas gdy dywan zwinął się i położył na ziemi.

Nagle duże drewniane drzwi otworzyły się na całą szerokość. Ukazała w nich starsza, siwa kobieta w wieku pasażera dywanu. Miała siedemdziesiąt lat. Była ubrana w białą, długą koszulę nocną.

– Witam pana serdecznie – powiedziała.

– Dzień dobry – odparł.

– Zapraszam na gorącą herbatę i pyszne racuchy – powiedziała życzliwie, wskazując mężczyźnie wejście do środka.

Od tego dnia życie pary staruszków zmieniło się całkowicie, a latający dywan uniósł się, rozwinął i sam wyruszył w świat.

dla Jurka napisał Sokolik