Był sobie step. Szeroki, żółtawo-zielony step. Wielka przestrzeń, która gdzieś na horyzoncie zlewała się z górami sąsiadującymi z niebem. Na środku tej przestrzeni, wśród kępek traw, widać było przemieszczającą się małą kropeczkę. To niepozorne indywiduum zwiększało stopniowo swoje rozmiary, aż po pewnym czasie zmieniło się w postać z plecakiem. Pogoda była ładna. Kępy traw z lekka poruszał łagodny i orzeźwiający wietrzyk. Magda wyglądała na zadowoloną. Kobieta w wiosce, nie wyglądającą na miejscową, a wyglądająca na rozumiejącą turystów, powiedziała Magdzie, że nie warto czekać na autobus, który miał być za cztery godziny, a przejść drogę pieszo. Magda posłuchała wskazówki i była zadowolona z dokonanego wyboru. Spojrzała na zegarek. Była w połowie drogi. Na linii horyzontu zaczęły majaczyć kontury przypominające wigwamy. Magda przyspieszyła kroku. Jej postać zagłębiała się w przestwór stepu, aż stała się punkcikiem, który zniknął gdzieś na tle konturów namiotów.
dla Magdy napisał Dżony