Był sobie step. Szeroki, żółtawo-zielony step. Wielka przestrzeń, która gdzieś na horyzoncie zlewała się z górami sąsiadującymi z niebem. Na środku tej przestrzeni, wśród kępek traw, widać było przemieszczającą się małą kropeczkę. To grupa turystów jadąca autem po bezkresnym stepie Mongolii. Na żółto-zielonym stepie, w promieniach zachodzącego słońca ukazał się im niesamowity widok. Nomadzi ze stadem koni Przewalskiego, które zostały uznane za wymarłe, i stary, uśmiechnięty Mongoł przechadzający się z wielbłądami. Przypadek? Chyba nie. Skorzystali z okazji, zostawili samochód i ruszyli przez step na wielbłądach.
Po zachodzie słońca, w jurcie rozstawionej specjalnie dla podróżnych szukających noclegu, zjedli przepyszną kolację ugotowaną na piecu przez gościnną Mongołkę. Doznając poczucia sytości i gościnności otulającej step, zapadli w sen. O poranku, po śniadaniu, w promieniach wschodzącego słońca, ciepło żegnani przez mongolską rodzinę, ruszyli dalej swoim autem przez szeroki step, ku wzgórzom na horyzoncie, by podziwiać mongolskie widoki.
Autor: Danuta Majorkiewicz